The Bell

The Bell

7.6

Kuchnia

7.5/10

Obsługa

7.5/10

Wnętrze

8.5/10

Jakość/cena

7.0/10

Plusy

  • Dobra przestrzeń

Minusy

  • Niesprecyzowany charakter

 

Do znajdującego się w przedwojennym budynku w sercu Saskiej Kępy The Bell (do nazwy dodają sobie raczej niepotrzebne i trącące naśladownictwem pewnych knajp z centrum „Jedzenie i Wino”) wstąpiłem z okazji Restaurant Week skuszony ciekawie brzmiącym menu, ale z dozą sceptycyzmu: już nie raz podczas festiwalu mi się zdarzało, że za ładnie opisanymi daniami kryły się porcje wielkości naparstka smakuje w najlepszym wypadku bez szału. W The Bell na szczęście było inaczej.

Przy wejściu przywitała nas elegancka i dość formalna obsługa, dla mnie sygnał, że The Bell chce się pozycjonować na górnych gastronomicznych półkach. Nie spodziewałem się jednak niczego innego po lokalu, którego założycielką jest projektantka mody. Na szczęście kelnerki okazały się nie tylko przygotowane, ale na dłuższą metę także rozmowne i miłe. Lokal jest bez wątpienia jednym z ładniejszych w okolicy, z eleganckim, ale nie sztywnym czy nachalnym wystrojem głównie w ciepłych brązach i pięknym ogrodem (z tego niestety, z powodu oberwania chmury i 5 stopni Celsjusza na zewnątrz, nie dałem rady skorzystać).

Festiwalowe menu składało się z trzech pozycji. Czekając na przystawki mogliśmy spróbować ich porządnego chleba z masłem ziołowym. Pierwsze na stół wjechało ceviche z łupacza, choć nie samo – dodatek kiełków, oliwy i spopielonego pud dodał charakteru przystawce. Jako fan odważnych kompozycji, mogę z całym sercem polecić.

Główne dania, gołąbki z kaczki z pietruszką i grillowanym porem oraz sandacz z palonym kalafiorem, fasolką szparagową i fenkułem, chociaż formą i sposobem podania nawiązywały zdecydowanie do wyższej półki, smakowo były bardzie przewidywalne. Faktury i dość „domowy” charakter nieco zbiły mnie z tropu, bo na coś trochę innego się nastawiałem, ale absolutnie nie rozczarowały.

Deser, który za cel postawił sobie jak sądzę wydobycie tego, co najlepsze z pospolitych smaków, przyjemnie domknął cały obiad. Nie od dzisiaj wiadomo, że jabłko z marchewką to udane połączenie, ale tutaj fantazyjnie skręcona marchew i kleksy z różnych musów dobrze łamały dość słodkie lody i kawałki jabłka.

Spytajmy na koniec literacko, choć wątpię, by nazwę wzięli tu z Hemingway’a – for whom The Bell tolls? Restauracja balansuje gdzieś między fine dining, a bezpretensjonalnym, lecz przeznaczonym na specjalne okazje lokalem. Mam nadzieję, że utrzymają mniej krępujący, otwarty na różną klientelę kurs.

PS. Na pożegnanie dostaliśmy słodkości, przygotowane wcześniej z okazji Halloween. Jabłko w karmelu to było to, czego potrzebowałem w ten zimny, deszczowy dzień 😉

The Bell, ul. Zwycięzców 21, 533 210 222, FB

The Bell

ładowanie mapy - proszę czekać...

The Bell 52.231541, 21.054998 The Bell [1], [2]
Co sądzisz? Skomentuj!
Elzynor

Elzynor Autor

Z wegetarianizmem jest u mnie jak z rzucaniem palenia u większości ludzi - niby już, już, a potem na imprezie i tak ktoś wciśnie fajkę... Marnowanie jedzenia to zbrodnia, nie róbcie tego w moim towarzystwie. Królestwo i pół córki za dobre zielone curry!