Soy Soy

Soy Soy

8.4

Kuchnia

8.5/10

Obsługa

9.0/10

Wnętrze

8.0/10

Cena/jakość

8.0/10

Plusy

  • Wegańskie dania tajskie bez obawy o sos rybny
  • Bardzo smacznie
  • Miła obsługa
  • Oryginalny wystrój

Minusy

  • Marna wentylacja
  • Sałatka była żartem, ale może w przyszłości "urośnie"

 

Jeśli lubisz kuchnię azjatycką, a jednocześnie odżywiasz się roślinnie (a przynajmniej wegetariańsko), to nawet w ekstremalnie przyjaznej weganom Warszawie możesz mieć pewien problem. W każdym „chińczyku” powiedzą Ci „tak, tak”, ale pewności, że danie nie zawiera składników odzwierzęcych, raczej mieć nie będziesz. W bardziej „fancy” restauracjach np. tajskich częstym problemem jest sos rybny, bez którego „nie da się”. Chociaż tak naprawdę się da, co udowadniają i w Thai me up, i w Why Thai, i pewnie w paru innych miejscach, ale częściej jednak można usłyszeć odpowiedź, że sos rybny ma być i basta. Jest wprawdzie kilka miejsc roślinnych o charakterze azjatyckim całkiem (Loving Hut) lub częściowo (np. Vege Love), jednak to wciąż kropla w morzu falafela i wegeburgerów. Dlatego super, że pojawiło się Soy Soy – bo tu możecie wciągnąć pad thaia, basil tofu i inne przysmaki kojarzone głównie z kuchnią tajską (i okolicami) bez obaw i na luzie.

Soy Soy działa od kilku dni w budynku przy Oboźnej 9, dokładnie w lokalu, gdzie wcześniej mieściła się marokańska restauracja Tagine. Klimat uległ zmianie diametralnej, gdyż obecnie po przekroczeniu progu zamiast do Maghrebu, przenosimy się do Kambodży (w kwestii wystroju) i – nieco bardziej – Tajlandii (kuchnia). Jest barwnie, wesoło, trochę kiczowato (ale w pozytywnym sensie), z głośników leci azjatycki „bigbit”, a z kuchni dobiega zapach smażeniny (to akurat na minus, bo wentylacja nie daje sobie z nim rady i po wizycie w Soy Soy pachnie się również bardzo soy soyowo). Ogólnie wystrój bardziej „barowy” niż restauracyjny, ale to stylizacja. Soy Soy nie jest azjatyckim barem, a lokalem „casualowym”, którego wystrój nawiązuje w całkiem udany sposób do rejonów pochodzenia tutejszej kuchni.

Karta średniej długości, z dumnie okupującym jej szczyt pad thaiem. Jako ogromny miłośnik tej potrawy z pewnością skosztuję jej podczas następnej wizyty, natomiast tym razem skusił mnie lunch – tofu thai basil w wersji łagodnej, podawane z ryżem i sałatką. 25 złotych, cena z karty (bez sałatki) – 26. Nieprzesadna promocja, szczególnie biorąc pod uwagę… albo o tym zaraz. Do tego domowa lemoniada z tamaryndowcem, limonką i tajską bazylią – pyszna! I z papierową słomką – to znów na plus, choć powoli staje się to już standardem.

Kiedy lunch wylądował na stole, uczucia miałem mieszane. Tofu prezentowało się elegancko i dość okazale. Ryż, jak to ryż, ale porcja również była uczciwa. Natomiast szczerze rozbawiła mnie sałatka, sałateczka, sałatuńcia. Pokrojona 1/4 ogórka (maksymalnie), podana na mikroskopijnym talerzyku. Na zdjęciu widelec dla skali. Zostawmy jednak ten aptekarski smakołyk w spokoju. Tofu było naprawdę dobre, wręcz bardzo dobre. Aromatyczne i wyraziste. Ryż ugotowany jak trzeba. Całością – wbrew obawom (wywołanym głównie przez sałatuńcię z ogóreczka) – udało mi się najeść, ale nie przejeść. Z lemoniadą – za 37 złotych. Gdyby sałatka miała odpowiedni gabaryt, a wentylacja była lepsza, byłbym bardzo zadowolony. A tak – drobne minusy nieco zepsuły ogólne wrażenie podczas pierwszej wizyty. Za drugim razem zamówiłem pad thaia – okazał się naprawdę bardzo smaczny (a do gabarytu sałatuńci już się przyzwyczaiłem, więc tym razem nie byłem zaskoczony). Ogólnie jest więc naprawdę w porządku. Będę wracał.

Soy Soy, ul. Oboźna 9, tel. 536 029 434,  FB

Soy Soy

ładowanie mapy - proszę czekać...

Soy Soy 52.239043, 21.020172 Soy Soy
Co sądzisz? Skomentuj!
Pan Tapir

Pan Tapir Autor

100% roślinożerca, przemierza warszawskie szlaki restauracyjne - od squatów po Gault&Millau - w poszukiwaniu nieoczywistych smaków i zaskoczeń. Kiedyś zjadł flaczki. Niecierpliwie czeka na dzień, w którym krakowski Vegab otworzy filię w stolicy.