No Problem

No Problem

9

Kuchnia

8.5/10

Obsługa

9.5/10

Wnętrze

9.0/10

Cena/jakość

9.0/10

Plusy

  • Duży, przyjemny, bezpretensjonalny lokal
  • Świetna atmosfera
  • Kuchnia roślinna nie tylko dla dogmatycznych wegan
  • Dobre piwka

Minusy

  • W weekendowy wieczór koniecznie rezerwujcie miejsce, bo może go zabraknąć

 

Bodajże od czasu startu Wegeguru (wówczas Wegemama) żaden nowy wegański lokal w Warszawie nie budził tylu emocji. Bo „punkowo”, a jednocześnie nie-squatowo, z otwartością na młodych, starych, niepełno- i pełnosprawnych, mniejszości i większości, bo chefuje tu Maja Wirowska (wcześniej m.in. Ambasada, Vegelabb, Leonardo Verde), bo – wreszcie – w bardzo dobrej lokalizacji, przy Brackiej, dwa kroki od imprezowych szlaków, metra, a także kilku innych lokali wegańskich i vegan-friendly (co daje szanse na powstanie nowego „zagłębia”, podobnego do tego przy Poznańskiej).

Do No Problem wybierałem się dość długo, mając poczucie, że „wszyscy” moi znajomi już tam byli, a tylko ja jestem ostatnim maruderem. W końcu jednak udało się. Na sobotni wieczór zarezerwowaliśmy stolik dla czterech osób i była to dobra decyzja, bo choć kiedy zaczynaliśmy posiłek, w lokalu nie było jeszcze tłumów, to ok. 20-21 zrobiło się naprawdę gęsto, a osoby bez rezerwacji były odprawiane z kwitkiem.

Pierwsze wrażenie i lekkie zaskoczenie jest takie, że lokal jest naprawdę duży – spory parter, antresola i pokaźna piwnica (przeznaczona głównie na różnego rodzaju wydarzenia kulturalne). Drugie – że mimo „punkowych” korzeni, bliżej No Problem do typowego wielkomiejskiego casual diningu, jest regularna (i uprzejma) obsługa kelnerska, a jednocześnie każdy może poczuć się tu dobrze. Nieważne, ile ma lat, jakiego rodzaju fryzurę, czy strój. To jeszcze przy okazji dwa słowa o obsłudze – ta jest sympatyczna, sprawna, a dodatkowo zaangażowana – np. obsługująca nas kelnerka bardzo przejmowała się, że popełniła jakieś błędy przy podawaniu wina (nikt z nas tych niedociągnięć nie zaobserwował).

Przechodząc do kuchni – na początek zamówiliśmy napoje (rzemieślnicze piwa, wino) i wszystkie „piwne przekąski” z karty. I tu fajna sytuacja, bo „beer sides” opisane są także krajami pochodzenia (lub – inspiracji, bo niektóre z tych dań nie są w kanonicznej postaci z definicji wegańskie), mieliśmy więc do czynienia z boczniakami a’la krewetki (Hiszpania), domowymi piklami (osobliwe combo: Kurdystan-Korea-Polska), aloo chat (Indie), arancini catanese (Sycylia) i ziemniakami z kawiorem (bez przynależności geograficznej). Już z samego opisu można domyślić się, że poziom kreatywności jest wysoki. O ile wegańskie „krewetki” nie są już może unikatem na stołecznej scenie i serwuje je kilka lokali, to np. ziemniaki z „kawiorem” z wodorostów i kwaśną śmietanką sojową są już czymś oryginalnym i zaskakującym (a przy tym bardzo smacznym). W zasadzie wszystkie przekąskowe pozycje były udane (ode mnie wskazanie właśnie na „krewetki” i „kawior”), nieco w dół odstawało tylko arancini. W drugim rzucie poszliśmy w dania główne (jedno z nas w powtórkę jednej z przystawek). Ja zamówiłem beyond burgera (kontynuując opisy geograficzne – USA), a współbiesiadnicy – panierowane tofu orange (Chiny) i bulion khao soi (Tajlandia). Nie grzebałem w cudzych talerzach, więc mogę wypowiadać się tylko na temat beyonda – był podany estetycznie i smakowicie (piwne bbq na bazie belgijskiego tripla O_o), sam kotlet przyrządzony jak należy (choć od niedawnej wizyty jestem jednak fanem Lindy ze Strefy Komfortu), a jako dodatek smakowite młode ziemniaczki (które pojawiały się już w przekąskach, ale były tak dobre, że wcale mnie to nie zmartwiło). Cenowo: cztery osoby, wszystkie przystawki (jedna dwa razy), trzy dania główne, butelka wina i kilka piw – 300 złotych z kawałkiem, a więc, biorąc pod uwagę okoliczności i jakość jedzenia, bardzo przyzwoicie.

Jeszcze dwa słowa o alkoholach – No Problem to także multitap, jest tu osiem kranów, z czego w czasie naszej wizyty na siedmiu były piwa (w części – ze współpracującego z lokalem browaru Abyss), a na jednym cydr – no i, ponieważ restauracja jest wegańska, nie trzeba martwić się np. o laktozę albo inne podejrzane dodatki.

Podsumowując – na wegańskiej (i ogółem – restauracyjnej) mapie Warszawy pojawiło się bardzo zacne miejsce, do którego można bez obaw udać się i na piwo, i na posiłek zupełnie niezobowiązujący, ale zapewne No Problem świetnie da radę także w odrobinę bardziej „formalnych” okolicznościach. Wnętrze jest ładne (zwróćcie uwagę na antyczne meble), obsługa sympatyczna, jedzenie dobre/bardzo dobre, więc jak na początek jest super, i oby dalej było tylko coraz lepiej.

PS. Spontanicznie wpadłem do No Problem na „drugie z lunchu”. Uczciwy bowl z soczewicą, awokado, ziemniaczkami i różnymi innymi różnościami (ostatnie zdjęcie w galerii) za 18 złotych – uczciwa cena w stosunku do bardzo dobrej jakości – najadłem się, i było pysznie.

Główne zdjęcie khao soi – Janek Fronczak

No Problem, ul. Bracka 20, FB

No Problem

ładowanie mapy - proszę czekać...

No Problem 52.232012, 21.016382 No Problem
Co sądzisz? Skomentuj!
Pan Tapir

Pan Tapir Autor

100% roślinożerca, przemierza warszawskie szlaki restauracyjne - od squatów po Gault&Millau - w poszukiwaniu nieoczywistych smaków i zaskoczeń. Kiedyś zjadł flaczki. Niecierpliwie czeka na dzień, w którym krakowski Vegab otworzy filię w stolicy.